Warsztaty Koła Gospodyń Wiejskich „Bogucinianki”
Wiedzy nigdy za wiele. Więcej umiejętności także przyda się. A do tego potrzeba jeszcze wyobraźni, kreatywnego myślenia i odpowiedniego nastawienia. Chłonne wiedzy i weny twórczej kobietki z Koła Gospodyń Wiejskich „Bogucinianki” wybrały się więc na warsztaty. Wyjazdowe, albowiem Bogucin jak na razie widoków na swoje własne cztery kąty pod dachem nie ma: i na dwa dni, bo jak się już uczyć to porządnie!
Wśród wiejskiej przestrzeni – u Gieni!
Pierwszego dnia pojechały do miejsca, gdzie entuzjazm i chęć działania można jeść łyżką do syta. To „Agroturystyka u Gieni” w Kiełczewicach Dolnych. Pani Gienia, osoba pełna energii i talentów wielorakich, poprowadziła warsztaty zielarskie, podczas których dzieliła się swoją wiedzą na temat ziół i ich zastosowania. Teoria podparta była praktyką i do konsumpcji trafiły takie unikalne pierogi:
– ze szpinakiem, serem i kminkiem
– z ziemniakami i czubricą
– ruskie z miętą
– włoskie z bazylią i suszonymi pomidorami
– na słodko: z kaszą jaglaną, serem i kardamonem.
Do tego jeszcze zupa gulaszowa z ziółkami, podpiwek staropolski, śliwkowe delicje i szarlotka. Wszystko przepyszne, domowe, nasze smaki (nawet te włoskie bo po naszemu przyprawione).
Po gospodarstwie chodziły zwierzęta bardzo różnorodne. Były tam włochate szkockie krowy, alpaka, konik, świnka wietnamska, owce kameruńskie i górskie, pawie, kury różnych ras, gołębie. Istne przydomowe zoo. Na wybiegach, w otoczeniu drzew i krzewów, na trawie. Posadzone wokół domu drzewa, krzewy, rośliny zielne i kwiaty tworzą sielski charakter otoczenia.
Spacer po ogrodzie pełnym ziół przedłużony został o wyprawę do pobliskiej plantacji lawendy. Ogromne połacie ściętych już a jednak dalej pachnących krzewów wyglądały oszałamiająco. Jakie więc wrażenie zrobiłyby kwitnące krzewy? Do tego wypróbować i zakupić można było tam lawendowe poduszki, olejki, mgiełki, kremy, zawieszki.
Po lawendowej wyprawie powróciliśmy do ziołowych przysmaków. Na stole zagościły mięsa ubrane w garniturki ziołowe, a do tego ziołowy konfitur, masło z czosnkiem i kurdybankiem, smalczyk z cebulką, sałatka z makrelą, buraczkowe Carpaccio. Pachnące, aromatyczne, smaczne.
Wciąż u Gieni – duchowo nasyceni
Po rozkoszach dla podniebienia trzeba było zadbać o ducha. Tu z pomocą przyszła pani Jadwiga Grzesiak, przybyła z pobliskiej Bychawy. Opowiadała nam o początkach swojej twórczości literackiej, o lepszych i gorszych dniach, o trudach i radościach. Pokazała, że emerytura to nie czas na lenistwo czy smutek; że koniec pracy zawodowej nie oznacza końca rozwoju osobistego; że emerytur może być początkiem wielkiej życiowej przygody. Pełna emocji opowieść zwieńczona została ekspozycją trzech książek napisanych przez panią Jadwigę: „Pensjonat Pod Malinką” , „I wtedy wychodzi słońce”, „Trzy wcielenia Wiktora Jahody”.
Sandomierskim traktem
Uśmiechnięte, zadowolone z uczty dla ciała i ducha, wyruszyliśmy w dalszą podróż. Wieczór przywitaliśmy na starówce sandomierskiej. Cały następny dzień mieliśmy zaplanowany. Od rana zwiedzaliśmy zabytki sandomierskie (Brama Opatowska, Podziemna Trasa Turystyczna, Rynek, Katedra, ostatnia zachowana furta zwana „uchem igielnym”, kościół św. Jakuba, przepiękny Wąwóz św. Jadwigi) pod opieką pani przewodnik. Trafiła nam się osoba o olbrzymiej wiedzy i umiejętnościach krasomówczych. Przez cztery godziny opowiadała nam o zabytkach, o historii i legendach. A ile kilometrów zrobiliśmy! I jak to w Sandomierzu: albo pod górkę albo z górki. Krótka przerwa na obiad pozwoliła zregenerować siły. Czekały przecież na nas jeszcze inne atrakcje.
Niedaleko Sandomierza, w Nowej Dębie, znajduje się fabryka bombek choinkowych i nie mogliśmy jej nie odwiedzić. Muzeum bombek jest miejscem, które trudno opisać słowami. Te barwy! Kształty! Coś niesamowitego! Bombki stare, bombki nowe, klasyczne, nowoczesne, okrągłe, podłużne, kwadratowe, postacie, zwierzęta, samochody, domki. Po prostu wszystko! Wisienką na torcie jest możliwość udziału w warsztatach zdobienia bombek. Każdy może spróbować swoich sił w pisaniu i malowaniu na szklanych kulach. Tylko trudno potem pozbyć się brokatu z ubrania… .
Ostatnim przystankiem na naszej trasie był zamek w Baranowie Sandomierskim. Ta budowla nazwana została Małym Wawelem z uwagi na podobną linię architektoniczną. Pomimo wielokrotnych grabieży i zniszczeń wojennych i powojennych zachował swój unikalny charakter. Ma w swoich zasobach kilka perełek, które warto zobaczyć. Sam dziedziniec wewnętrzny jest niesamowity. Na nim kręcony był serial „ Czarne chmury”, więc każda z pań mogła przez chwilę poczuć się jak bohaterka filmu.
Do Bogucina wracaliśmy po zapadnięciu zmroku. Zmęczone, ale szczęśliwe. Zobaczyłyśmy dużo, a dowiedziałyśmy się jeszcze więcej. Kulinarnie, zdrowotnie, literacko, estetycznie i historycznie.

































