BKS – historia piłką pisana cz. 4

Rok 1994 rozpoczął się dla nas znakomicie. Mieliśmy już własny, wymarzony i ciężko wypracowany lokal. Harówka na budowie i jej efekty sprawiły, że staliśmy się mocniejsi mentalnie i bardziej zżyci. Na horyzoncie rysował się pierwszy awans w zawodowym futbolu. Czego zatem chcieć więcej? Do pełni szczęścia brakowało nam jednak własnego placu do gry w piłkę. Ten, obok bogucińskiej szkoły, bardziej przypominał wielką piaskownicę niż prawdziwe boisko. Nie trudno się domyśleć, że to właśnie ten problem stanowił wtedy dla nas największy powód zatroskania. Mieliśmy, co prawda, kilka pomysłów jak zrealizować nowe marzenia, ale wciąż brakowało konkretów. Początkowo zakładaliśmy jedno z rozwiązań: wykupić trochę gruntów przyległych do boiska szkolnego w celu powiększenia go do wymaganych przepisami wymiarów albo wykupić pole od kogoś z mieszkańców wsi. Pierwszy z pomysłów spalił na panewce wraz z odmową jednego ze szkolnych sąsiadów odsprzedaży potrzebnego kawałka ziemi, zaś drugi został zastąpiony innym projektem, który pojawił się z chwilą odnalezienia przez Janka Firleja, w którejś z lokalnych gazet, informacji o wystawieniu do licytacji przez Agencję Własności Rolnej byłego stawu rybackiego w Bogucinie. Choć wtedy jeszcze nikt z nas nie wiedział, w jaki sposób i przy użyciu, jakich środków można by ten plan zrealizować, to wszyscy czuliśmy głęboko w sercach, że jest to miejsce, o które trzeba będzie wkrótce mocno powalczyć. Niecka po stawie i wał ziemny na jej południowej stronie nadawały się, według naszych ocen, wręcz idealnie do wkomponowania w tą przestrzeń obiektu sportowego. Nie przerażał nas ponury widok bagien i sterty zwożonych tu z okolicy różnego rodzaju śmieci. Oczyma wyobraźni wybiegaliśmy już na zieloną i gładką, jak aksamit murawę boiska. Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, udałem się jeszcze w styczniu do wspomnianej agencji w celu zbadania możliwości pozyskania stawu. Już na miejscu dokonałem sensacyjnego odkrycia – okazało się, że sporą część załogi, łącznie z prezesem i jego zastępcą, stanowią moi dobrzy znajomi. To byli ludzie, z którymi przez wiele lat pracowałem w Urzędzie Wojewódzkim. Kiedy po krótkim przywitaniu wyjawiłem szefowi agencji cel mojej wizyty dodając, że przybywam tu, jako „golec” i w razie dogadania się musimy rozważać jedynie „bezgotówkowy transfer gruntów”, na jego twarzy pojawił się uśmiech zwiastujący, że sprawy idą w dobrym kierunku. Dostałem nawet zapewnienie wsparcia dla naszych starań i ewentualną pomoc ze strony urzędników agencji w załatwieniu części spraw. Ale to był koniec dobrych wieści. Mój humor zaczął blednąć wprost proporcjonalnie do listy warunków, jakie należało spełnić, aby marzenia o tym terenie mogły się kiedyś tam ziścić. Tu dopiero zaczęły się schody: dziesiątki opinii, uzgodnień, projektów, uchwał i pozwoleń. Przyjąłem to, jako jasny i stanowczy przekaz ze strony zarządzającego agencją mówiący o tym, że wszystkie procedury muszą odbywać się z zachowaniem obowiązujących przepisów i w granicach obowiązującego prawa. To wszystko sprawiło, że perspektywa powstania boiska na stawie stała się nagle bardzo odległa. Ale to nic, najważniejsze, że pierwszy krok został zrobiony. Kiedy przybliżyłem kolegom z klubu kulisy tej wizyty, szału nie było. Nadzieja przeplatała się z wątpliwością i od razu pojawiły się głosy, aby na wypadek wszelki szukać równolegle innych rozwiązań.

W międzyczasie trwały dalsze prace przy wyposażaniu i doskonaleniu naszego „dachu nad głową”. Zostały zamontowane tablice informacyjne, na których umieszczono dotychczasowe dyplomy i fotografie zarejestrowanych zawodników. Zainstalowano wentylator. Stasio Gnieciak przywiózł skądś kolorowy telewizor, który jeszcze wtedy nie należał do urządzeń powszechnego użytku – to był raczej element luksusu. Mieczysław Abramek wraz z miejscowym nauczycielem Ryszardem Kopycińskim zrobili półko-regał na kwiaty i puchary. W naszym lokalu zrobiło się pięknie i przytulnie.

20 stycznia odbyło się posiedzenie założycielskie klubu sportowego. Do tej pory działał on na zasadach tymczasowych. Teraz opracowano statut i dokonano wyboru stałego zarządu, który następnie ukonstytuował się w następującym składzie: Prezes – Krzysztof Flisiak, Wiceprezes – Zbigniew Rozwadowski, Sekretarz – Sławomir Wójcik i Piotr Kowalczyk – skarbnik. Skład zarządu uzupełnili Mieczysław Abramek i Dariusz Wójcik, jako jego członkowie. W zebraniu wzięło udział 19 osób. Dwa miesiące później BKS Bogucin został wpisany (pod nr statystycznym 180) w Urzędzie Wojewódzkim do rejestru Stowarzyszeń Kultury Fizycznej.

Po okresie zimowania w fotelu lidera rozgrywek przystąpiliśmy do inauguracji rundy rewanżowej sezonu 1993/94. Pierwszy mecz skończył się naszym przekonywującym zwycięstwem z Abramowem. Wiosną, pod wodzą grającego trenera Marka Wolińskiego, straciliśmy zaledwie cztery punkty. Nie wyszedł nam jedynie mecz w Karczmiskach, gdzie polegliśmy 4: 0, ale na ten wynik wpłynęła bardziej nasza nieumiejętność prowadzenia gry na nietypowym, bo prawie kwadratowym boisku niż braki szkoleniowe czy kondycyjne. W pozostałych spotkaniach zgubiliśmy już tylko jedno „oczko”, co pozwoliło nam utrzymać bezpieczną przewagę nad rywalami i zasłużenie awansować do wyższej klasy rozgrywkowej. Rolę egzekutora w naszej drużynie pełnił wtedy „Siwy” Sławomir Gnieciak, który strzelił więcej goli niż wszyscy pozostali zawodnicy razem wzięci. Swoimi zagraniami „Siwy” potrafił wręcz ośmieszać rywali, doprowadzając ich nierzadko do szewskiej pasji. Jego gra wzbudzała podziw i zainteresowanie trenerów innych klubów. Pomimo różnych ofert nie zamierzał on jednak rozstawać się z Bogucinem.

O ile do meczów ligowych rozgrywanych na boisku w Garbowie zdążyliśmy już przywyknąć, to jednak trenowanie – szczególnie w późno wieczorowych porach – dawało się wszystkim we znaki. Wtedy własne samochody posiadali tylko nieliczni. Dlatego też, idąc niejako za ciosem po budowie przyszkolnego budynku zaproponowaliśmy powiększenie dotychczasowego boiska szkolnego. Wymagało to likwidacji ogródka szkolnego i działek nauczycieli. Kiedy pomysł uzyskał akceptację przystąpiliśmy natychmiast do działań. W ruch poszły spychacz i równiarka. Trzeba było przemieścić spore zwały ziemi, aby zniwelować różnice terenu. Przy tej okazji boisko do siatkówki zostało zmienione na boisko do piłki ręcznej. Warto przypomnieć, że bogucińskie szczypiornistki, pod wodzą Ryszarda Kopcińskiego odnosiły w tamtym okresie znaczące sukcesy w skali województwa lubelskiego. W kategorii szkół podstawowych były one przez wiele lat prawdziwą potęgą.  Niektórymi z dziewczyn interesował się nawet drugi trener przyszłych mistrzyń Polski – ówczesnego MKS Montexu Lublin. Szczególnie blisko występów w tym zespole była leworęczna Aneta Beda. Zabrakło jednak ostatecznego porozumienia w tej sprawie i jej nieprzeciętny talent nie doczekał się rozwinięcia.

W maju na wyrównanym placu pojawił się kultywator i brony. Następnie została zakupiona trawa, a sztuki jej siania uczył nas teoretycznie i praktycznie zarazem boiskowy sąsiad Zdzisław Wójcik. Miesiąc później zostały wykonane i zamontowane bramki i siatki na obydwu boiskach.

Czwarta niedziela lipca, to dzień, w którym na nowo powstałych boiskach przyszkolnych odbył się kolejny, trzeci już z rzędu Festyn Sportowo-Rekreacyjny. W tym roku zorganizowaliśmy go wspólnie z sołtysem Janem Chabrosem oraz Radą Rodziców i dyrektorem miejscowej szkoły – panią Krystyną Drozd. Słoneczna pogoda i bogaty program imprezy przyciągnęły tłumy widzów, na których już przy wejściu czekała przepyszna grochówka, przygotowana według najlepszej wojskowej receptury na specjalnie ściągniętej na tę okazję profesjonalnej kuchni polowej. W rolę kucharzy wcielili się chłopaki z BKS dowodzeni przez Andrzeja Wójcika i Zbigniewa Rozwadowskiego. Największą atrakcją festynu były pokazy nisko przelatujących samolotów z Aeroklubu Lubelskiego w Radawcu. Ryk maszyny, muskającej swymi potężnymi skrzydłami korony pobliskich drzew, robił na wszystkich niezapomniane wrażenia. Sporym zaciekawieniem, jak zwykle do tej pory, cieszyła się wspinaczka na słup, a najsprawniejszym wspinaczem, też jak zwykle do tej pory, okazał się Waldemar Pasternak z Bogucina. Również w następnych latach tego rodzaju zmagania kończyły się jego sukcesami. Gruba i wysoka na 6 metrów plastikowa rura, posmarowana preparatami zmniejszającymi przyczepność stanowiła prawdziwe wyzwanie dla wielu śmiałków. Jeden z nich o mało nie przypłacił zdrowiem swojej przygody, kiedy łamiąc regulamin zawodów, odchylił się do tyłu i spadł głową w dół z wysokości kilku metrów, tracąc przy tym przytomność. Na szczęście, skończyło się na strachu i wezwana karetka pogotowia mogła spokojnie powrócić do swej bazy. Za rok, każdy uczestnik tej zabawy był już zabezpieczany specjalną liną. Festyn kończyła zabawa taneczna na świeżym powietrzu, a w czasie jej trwania dokonano wyboru miss mokrego podkoszulka. Męska część zgromadzonej publiczności była, co się raczej nieczęsto zdarza, zgodna w opiniach, że było na co popatrzeć!

Cdn.

 

BKS 1994 BKS-5 BKS -3 BKS 94 -2

1 Odpowiedź

  1. marek dec pisze:

    Fantastycznie pozdrawiam Marek Dec