To był maj, czyli partyzancka opowieść

Żyjąc w pokoju, nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie tego, co czują ludzie nękani przez bezwzględnego i okrutnego okupanta. Nie zrozumiemy czym jest obcowanie ze śmiercią, póki nikt i nic nie zakłóca spokoju naszych snów.

Nowe spojrzenie na obrońców granic

Dla wielu pokoleń wojna była do niedawna pojęciem równie abstrakcyjnym, jak czarna dziura w kosmosie. I takim by pozostała na dłużej, gdyby nie dramatyczne wydarzenia z ostatnich tygodni, rozgrywające się tuż za naszą wschodnią granicą. One na nowo definiują znaczenie takich słów, jak: odpowiedzialność, odwaga i patriotyzm, są również doskonałą okazją do przypomnienia ofiarności, jaką wykazywali się podczas drugiej wojny światowej niektórzy z mieszkańców Bogucina i okolic. Część z nich walczyła na regularnym froncie, inni działali w partyzanckim podziemiu. Jedni i drudzy narażali swe życie dla ratowania ojczyzny. Dziś już mało kto o tym pamięta.

Życie w konspiracji

W polskiej literaturze wojennej zachował się tylko jeden opis akcji zbrojnej z udziałem mieszkańca naszej wioski. Dotyczy on ataku na żandarmerię niemiecką, stacjonującą na stacji kolejowej w Nałęczowie. Brał w niej udział m.in. Konstanty Chmielewski ps. „Żelazny” z Bogucina oraz Aleksander Gawron ps. „Krzywda” i Marian Filipowicz ps. „Prus” z Garbowa. Wszyscy należeli do Batalionów Chłopskich – organizacji o dużych wartościach moralnych szeregowych żołnierzy i dowódców Oddziałów Bojowych. Tak jak inni partyzanci służbę swą pełnili z pełnym poświęceniem, a w przerwach miedzy akcjami zbrojnymi doglądali swych gospodarstw, pozostając w stałej dyspozycji dowódców. Do każdej akcji przygotowywali się sumiennie, zdając sobie sprawę z tego, że oprócz szczęścia potrzebna będzie ich rozwaga, by nie narażać życia kolegów i samemu cało wracać z kolejnych wypraw. Nie wolno było im zapominać, że ich powinnością jest walczyć o słuszną sprawę, ale uczciwie, i że walcząc mają zwyciężać w imię wyższych interesów narodu, lecz nie mogą być mścicielami.

Powrót z dalekiej podróży

Dla „Prusa” i „Żelaznego” partyzancka działalność mogła zakończyć się na dobre rok wcześniej. W marcu 1943 roku zostali oni aresztowani przez gestapo i osadzeni na Zamku Lubelskim, gdzie poddawano ich ciągłym torturom i zastraszaniu.  Dwa miesiące później znaleźli się na liście 49. więźniów, wyznaczonych do przeniesienia w inne miejsce. Wieczorem 19 maja  załadowano ich do szczelnego, zamkniętego na cztery spusty wagonu towarowego, zwanego więźniarką, doczepionego do pociągu osobowego relacji Lublin – Warszawa. Ostatecznym celem podróży więźniów miał być obóz koncentracyjny w Oświęcimiu.

Była godzina 0:30, kiedy pociąg zatrzymał się na stacji kolejowej w Celestynowie nieopodal Otwocka. Regulaminowy postój miał trwać zaledwie 3 minuty, ale nikt z podróżnych nie przewidział, że tym transportem interesował się od paru tygodni oddział Szarych Szeregów, przygotowujący się skrupulatnie na jego spotkanie. Teraz pewne sprawy potoczyły się lawinowo. Ukryci w ciemnościach młodzi żołnierze wyskoczyli na peron, podejmując ok. czterdziestu minutową  walkę ze służbą ochrony i żandarmami zabezpieczającymi transport więźniów.

Początkowa operacja nie układała się po myśli autorów zamachu, lecz niebawem kryzys walki został przełamany. A kiedy od kul oraz wybuchów granatów padło kilku żandarmów i niemiecki kierownik pociągu, udało się wreszcie pokonać zabezpieczenia specjalnego wagonu i uwolnić wystraszonych i zdezorientowanych więźniów.

Dopiero nad ranem ostrzelany pociąg ruszył w kierunku Warszawy, ciągnąc rozwaloną więźniarkę. Uwolnieni więźniowie potrzebowali paru dni, by pod osłoną nocy wrócić do swoich domów.

Przygotowania i przebieg słynnej na całą Polskę wyprawy na Celestynów zostały opisane w książce Aleksandra Kamińskiego Kamienie na szaniec.

Dochodzenie do siebie po tak traumatycznych przeżyciach nie trwało długo. „Prus” i „Żelazny”, nie zważając na grożące niebezpieczeństwo, wkrótce wrócili do konspiracji, dołączając do dawnych towarzyszy broni. W czasie swej partyzanckiej działalności brali udział w wielu operacjach zbrojnych, wymierzonych w niemieckiego okupanta. Dziś przypomniana zostanie jedna z nich. Stefan Rodak komendant obwodu Batalionów Chłopskich okręgu Puławy tak oto relacjonował w książce Marszem podziemnym wspomnianą na wstępie akcję w Nałęczowie, którą dowodził jeden z najdzielniejszych partyzantów Lubelszczyzny, Jan Królik ps. „Baca” z podlubelskich Jakubowic, a czynny udział brał inny z dowódców Oddziałów Specjalnych BCh w powiecie puławskim – Zygmunt Kozak ps. „Walter”:

Oddział specjalny BCh pod dowództwem „Bacy” kwaterował w maju 1944 roku we wsi Góry Markuszowskie. W dniu 15 maja „Baca” zorganizował u „Słyka” naradę, w której wzięli udział: „Baca”, „Słyk”, „Walter” i „Strug”. Zaakceptowano projekt rozbrojenia żandarmów, kwaterujących na stacji kolejowej w Nałęczowie. Byli to kozacy w mundurach żandarmerii niemieckiej, których dowódcą był Niemiec. Zadanie miało być wykonane w dzień, więc należało przygotować się jak najstaranniej. „Słykowi”, „Strugowi” i „Żubrowi” polecono przeprowadzenie dokładnego wywiadu i ustalenie czasu, w którym nie ma na stacji pociągów z transportami Wermachtu. Po wykonaniu rozkazu stwierdzono, że najlepiej byłoby ustalić akcję między godziną 13 i 15.

Tego dnia od rana mżył drobny deszcz. Nad ziemią snuły się mgły i opary zmniejszając znacznie widoczność terenu. „Strug” już rano udał się do Nałęczowa z zadaniem obserwowania miejsca planowanej akcji.

„Baca” przygotowywał grupę bojową. Z oddziału wybrał 12 żołnierzy. Reszta miała pozostać na miejscu i oczekiwać aż wrócą tamci, po wykonaniu zadania. Między wybranymi byli: „Groźny”, „Mucha”, Śmiga”, „Wronka”, „Krzywda”, „Żelazny”, „Prus”, „Biegły”, „Skalny” i „Kruk”. Oprócz nich w wypadzie miał uczestniczyć „Walter”, który wraz z „Krakusem” miał ubezpieczać całość.

Na odprawie „Baca” zapoznał zebranych z celem i miejscem akcji. Nie było to łatwe zadanie. Biały dzień, stacja kolejowa, Bahnschutze (służba ochrony kolej – dop. autor), może nawet pociąg z Wermachtem na stacji. Wszystko to razem lub nawet jeden z czynników mógł mocno skomplikować i utrudnić wykonanie planowanego zamachu.

Nastąpiły ostateczne przygotowania, wybór i czyszczenie broni. Miejscowi chłopi ochotniczo dostarczyli cztery dobre parokonne podwody.

Godzina dziesiąta. Odjazd. Ruszają wozy, na których siedzi po trzech naszych uzbrojonych żołnierzy. Obok jechał rowerem „Słyk”. Wozy szybko toczyły się po twardej drodze. Wymijani ludzie słali chłopcom życzliwe uśmiechy i pozdrowienia. Wiosna urzekała swym urokiem. Wszędzie widać było pęd do życia, do słońca i do wolności.

Szybko przejechano 9 kilometrów drogi z Gór Markuszowskich do Nałęczowa, gdzie nastąpił krótki postój. Należało poczekać na wiadomość ze stacji. Jak przed przedstawieniem trzeba przejąć się swoją rolą, tak żołnierz przed walką musi się wczuć w swoje zadanie, poznać teren, tło, dojście, musi przemyśleć sposób wykonania rozkazu. Dowódca jeszcze raz naszkicował chłopcom stację, budynki z żandarmami, jeszcze raz przypomniał każdemu jego zadanie, by mieć całkowitą pewność, że wszystko pójdzie dobrze.

Nadjechał „Słyk” z wywiadem. Zameldował, że żadne zmiany na stacji nie zaszły. „Baca” przywołał „Biegłego”, „Żelaznego”, „Groźnego” i „Wronkę” i dał im zlecenie pójścia pieszo na stację i przedarcia się na teren baraków, ale tak, aby nie zwracać na siebie uwagi. W tym celu „Wronka” przebrał się za handlarza. Na plecy włożył worek. Nabrał wyglądu prawdziwego domokrążcy. Odeszli uzbrojeni tylko w broń lekką i granaty. Grupa „wewnętrzna” odmaszerowała sprężystym krokiem.

Po pewnym czasie ruszyły wozy. Gotową broń do walki osłonięto kocami. Grupa podzieliła się na dwie części. Dwa wozy miały wjechać na teren baraków od strony zachodniej. Na skrzyżowaniu dróg pozostali „Walter” i „Krakus” z dwoma miejscowymi bechowcami do obsługi elkaemu. W razie potrzeby mieli wesprzeć ogniem wycofującą się grupę.

Wozy toczyły się raz wartko, to znowu powoli. Tempo obu grup było regulowane przez wyznaczonych do tego żołnierzy. Oba wozy musiały przejechać tuż koło samych budynków stacji w Nałęczowie. Bahnschutze obrzucili je tępymi spojrzeniami. Chłopcy przybrali miny zapracowanych i stroskanych gospodarzy. Wróg nie zauważył nic podejrzanego.

Powoli dojechali do baraków, w których za ogrodzeniem i ubezpieczeniem kwaterowali Niemcy. Nie powołanym i nie pożądanym bronił wejścia jakiś ryży wartownik. W rękach trzymał karabin i rzucał wokół senne spojrzenia.

W momencie gdy „Baca” ze swymi żołnierzami dojeżdżał do bramy „Żelazny” sterroryzował wartownika, dyskretnie rozbrajając go i każąc mu się położyć na ziemię. Partyzanci, którzy oczekiwali tu już wcześniej  – „Groźny”, „Biegły” i „Wronka” – wpadli przez wolną bramę do budynków. „Mucha” i „Śmiga” ubezpieczyli okna. „Żelazny” po załatwieniu się z wartownikiem ubezpieczał w bramie wjazdowej żołnierzy działających na terenie baraków. Od strony stacji czuwał „Krzywda”.

W tym momencie zjawił się „Walter” i dołączył do grupy. Już w ostatniej chwili „Baca” dostrzegł w odległości 30 metrów za barakiem transport z Wermachtem. Żołnierze wiezieni na front wschodni wylegli z wagonów i wypoczywali lub kręcili się wokół pociągu. O kilkadziesiąt metrów dalej znajdował się posterunek z Bahnschutzami.

Do baraków zajmowanych przez żandarmów wpadli – „Groźny”, „Biegły” i „Wronka” – z okrzykiem:
– Hande hoch! Ruki w wierch!
Błysnęła stal pistoletów. Zabrzęczały wybijane szyby, w których ukazały się automaty. Żandarmi byli tym zaskoczeni całkowicie i wytrąceni z równowagi. Unieśli ręce do góry. Skamienieli w bezruchu. Chcieli żyć, a nie umierać dla zwycięstwa Hitlera. Tylko jeden z nich usiłował sięgnąć po broń, ale wystarczyło uderzenie visem, by zrezygnował z oporu.

Do wnętrz wpadli „Baca” i „Walter”. Żandarmom kazano zrobić przepisowe „hinlegen” (padnij)! Grzmotnęły na podłogę potężne cielska. Barak z żandarmami został opanowany. Władcy leżeli przerażeni w bezruchu, potulni jak strzyżone baranki.

A strzyżeni byli naprawdę, strzyżeni ze wszystkiego. Na podwórze wjechały nasze podwody. Chłopcy załadowali na nie dwanaście karabinów ręcznych, jeden karabin maszynowy, kilkadziesiąt granatów, skrzynki z amunicją, koce, bieliznę, zapasowe mundury, płaszcze, ubrania cywilne, zapasy żywności itp.

„Baca” rozkazał żandarmom rozebrać się do bielizny. Pozostali tylko w kalesonach. Chodziło o to, by nie mogli zbyt wcześnie alarmować po odejściu grupy. Mundury ich poszły na wozy znajdujące się tuż pod drzwiami baraku.

Na stole stało dwa litry wódki. Żandarmi prosili, by zostawić im to na pociechę. „Baca” rzucił im wódkę pod nogi. Pękło szkło, trunek rozlał się po podłodze, obryzgując leżących.

Naładowane wozy wyjechały wraz z obsadą z rejonu baraków. Z biur spółdzielni zabrano jeszcze maszynę do pisania. Sami pracownicy zabiegali o to, żeby odsunąć od siebie podejrzenie o współpracę z podziemiem.

Przy żandarmach pozostali jeszcze: „Baca”, „Walter”, „Groźny”, „Wronka”, „Prus”, i „Żelazny”. Chodziło o spokojny odjazd bez alarmu. Wszak transport wroga stał nadal na stacji. Po kilku minutach wszyscy opuszczali barak, pozostawiając żandarmów leżących pokotem na podłodze. Zapowiedziano im, że gdy dostaną ponownie broń, partyzanci złożą im powtórnie wizytę.

Mijając bramę, napotkali żołnierza z transportu stojącego na peronie. Niósł w ręku buty. Widocznie chciał je gdzieś spieniężyć przed dotarciem do frontu wojennego. Szybko zareagował na przyzywający ruch ręki. Podskoczył żwawo i wkrótce był przy wozie. Ale widok broni w rękach cywilów speszył go mocno. Chłopcy zabrali go na wóz. Jechał z niechęcią, czując, że wpadł w niemiłą dla siebie przygodę.

Jazda z Niemcem z stronę Bronic trwała kilka dobrych minut. Dopiero w odległości czterystu metrów od stacji kazano mu rozebrać się i w bieliźnie wracać biegiem do swoich. Robotnicy zatrudnieni przy rozładunku węgla parskali na ten widok śmiechem. Niemcy z transportu, wypoczywający wokół pociągu, dopiero teraz zorientowali się w sytuacji.

Minęło pół godziny od zakończenia akcji i nasza grupa bojowa była już kilka kilometrów od Nałęczowa, gdy na stacji kolejowej wybuchła gęsta strzelanina. To Niemcy bezładną pukaniną dodawali sobie rycerskiej otuchy przed odjazdem na front wschodni. Tak przynajmniej komentowali to chłopcy, którym teraz było lekko na duchu. Rozbrajając żandarmów na oczach Wermachtu, zadrwili sobie z Niemców. Wypłatali im tęgiego figla.

W materiale video wykorzystano nagranie solisty Orkiestry Wojskowej z Lublina, Mateusza Obroślaka, zarejestrowane w listopadzie 2019 r. dla serwisu „bogucin.net”.