Przed inauguracją A Klasy zajrzyjmy do… Kocka

Z uwagi na duży wzrost zakażeń koronawirusem rząd postanowił wprowadzić lockdown, zawieszając jednocześnie rozgrywki piłkarskie w najniższych ligach. Zamknięte zostały m.in. obiekty sportowe (mogą działać wyłącznie na potrzeby sportu zawodowego i bez udziału publiczności).

Sport to zdrowie

Aktywność fizyczna jest gwarancją dłuższego życia i zwiększonej odporności na szereg chorób cywilizacyjnych, a regularne treningi pozwalają zrzucić zbędne kilogramy, wzmocnić siłę i wytrzymałość – tak bardzo przydatne w wielu codziennych sytuacjach. Te wszystkie teorie boleśnie zweryfikował Covid – 19, pozostawiając możliwość czynnego uprawiania sportu jedynie zawodowcom. Amatorzy muszą pozostać w domu. Jak długo? Tego do końca nie wiadomo. O ich najbliższej sportowej przyszłości zdecyduje poziom zagrożenia epidemiologicznego, zdyscyplinowanie społeczne i rozwaga rządzących.

Inną opcją wcześniejszego wybiegnięcia na boiska jest obejście obostrzeń poprzez zawarcie umów stypendialnych pomiędzy klubami i zawodnikami. Prawo nie określa minimalnego wynagrodzenia, więc można ustalić, że piłkarze będą grać za symboliczną złotówkę. Na dziś wydaje się, że to najlepsza metoda na rozmycie cienkiej linii pomiędzy definicją sportu zawodowego i amatorskiego. Gdyby w najbliższym czasie udało się załatwić wszelkie niezbędne formalności, to A Klasa wznowiłaby rozgrywki od przyszłego weekendu, czyli od 17 kwietnia. Nie wiadomo jednak ile z klubów zechce skorzystać z tego „zielonego światła”. Nie wiadomo również, kiedy miałyby być rozegrane zaległe kolejki spotkań. Pytań jest dużo, a odpowiedzi – jak na razie – brak.

Oby tylko nie skończyło się jak w ubiegłym roku, kiedy końcowe tabele rozgrywek w niższych ligach ustalono na podstawie jedynie rundy jesiennej. Środowisko piłkarskie ma nadzieję, że tym razem będzie jednak inaczej. Póki co, piłkarze muszą uzbroić się w cierpliwość, natomiast kibice w oczekiwaniu na pierwszy gwizdek sędziego mogą zanurzyć się w świat wspomnień.

Tak było wczoraj… czyli prawie ćwierć wieku temu

Wiosna 1997. Wtedy też nie można było wznowić rozgrywek w regulaminowym czasie. Zadecydowała o tym aura. Pierwszy mecz rundy rewanżowej zaplanowany na 6 kwietnia w Kocku, z tamtejszym Polesiem, został odwołany ze względu na kilkunastocentymetrową pokrywę białego puchu, zalegającego płytę boiska. Ostatecznie spotkanie zostało rozegrane 1 maja. Miało ono ogromne znaczenie dla układu sił w tabeli ponieważ na koniec sezonu dwie najlepsze drużyny były premiowane awansem do tworzonej „Klasy Wojewódzkiej”, będącej jakby przedsionkiem V ligi.

Po rundzie jesiennej na placu boju o te zaszczytne nominacje pozostały: Zawisza GarbówPolesie Kock, które zgromadziły po 28 punktów oraz depczący im po piętach BKS Consultrix Bogucin z 23 „oczkami” na koncie; reszta drużyn zmuszona była oglądać ich plecy. Porażka w Kocku oznaczała dla graczy z Bogucina odłożenie marzeń o awansie na kolejny rok, a to z kolei mogłoby podłamać morale zespołu. W tej sytuacji BKS postanowił zagrać vabank  transferując na kilka godzin przed meczem Marka Deca, który swym bogatym doświadczeniem wniósł wiele spokoju w formacji defensywnej. Pozostali zawodnicy również wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności, zostawiając serca na boisku i pokazując, jak wygląda prawdziwa drużyna. Polesie nie było przygotowane na taki scenariusz i wyraźnie brakowało mu pomysłów na rozmontowanie szeregów obronnych dobrze dysponowanego rywala. Na nic zdały się szarże byłego snajpera drugoligowej (odpowiednik dzisiejszej I ligi) Lublinianki  – Wiesława Rafalskiego. Piłkarze z Bogucina mieli swoją koncepcję na ten mecz i konsekwentnie ją realizowali, nieustannie kąsając rywala groźnymi kontratakami. A, że byli przy tym bardzo skuteczni, to po godzinie gry prowadzili 2:0, wprawiając gospodarzy w zupełną konsternację.

Wynik meczu otworzył Janek Firlej, a po przerwie efektowną główką podwyższył Tomek Wdowiak. „Dżony” w tamtym sezonie był w takim gazie, że wiosną trafiał do bramki rywala we wszystkich meczach. Łącznie w sezonie 1996/97 strzelił 22 gole.

Po przetarciu oczu ze zdziwienia piłkarze z Kocka ruszyli do śmielszych ataków, wypracowując w niedługim odstępie czasu 2 rzuty karne. Egzekutorem obydwu był wspomniany Rafalski. Pierwszy jego strzał w ekwilibrystyczny sposób obronił Przemysław Delmanowicz,  a drugi przeleciał wysoko nad poprzeczką. Odgłos kamieni, jakie spadły wtedy z serca kibicom BKS-u, słychać było w odległym Bogucinie. Wprawdzie w samej końcówce Polesie zdobyło kontaktowego gola, ale to było zdecydowanie za mało, i cała  meczowa pula została „zaksięgowana” na konto podopiecznych Mieczysława Pisza, przybliżając ich do ekipy z Kocka na 2 punkty.

BKS wystąpił wtedy w składzie:  Przemysław Delmanowicz, Roman Zając, Marek Dec, Mariusz Stańkowski, Andrzej Wójcik, Sławomir Włodowski, Dariusz Wójcik, Krzysztof Białek, Jacek Borkowski, Jan Firlej i Tomasz Wdowiak.

Rycerze wiosny

Ten mecz stanowił wspaniałe preludium do rundy rewanżowej. Bogucinianie zgubili w niej punkty jedynie w remisowym meczu w Niedźwiadzie, w pozostałych zaś spotkaniach zdobyli komplet punktów. Ze zwycięskiej ścieżki nie zdołała ich zepchnąć nawet drużyna garbowskiego Zawiszy, która niesiona dopingiem kilkuset miejscowych kibiców wspieranych liczną delegacją z Kocka musiała w ostatnim meczu sezonu zasmakować goryczy porażki z sąsiadem zza miedzy. To zwycięstwo było na tyle istotne, że każdy inny wynik premiował piłkarzy Polesia. Tym samym piłkarze BKS nie tylko zasłużyli na miano „Rycerzy wiosny”, ale odrabiając straty z jesieni uzyskali upragnioną nominację do Klasy Wojewódzkiej. Dwa lata później trzon zwycięskiej jedenastki świętował historyczny awans do Klasy Okręgowej.

Wracając do spotkania pierwszej kolejki, jego stawka przyciągnęła do Kocka znanego komentatora Witolda Miszczuka i redakcję sportową TVP Lublin. Efekty tej wizyty pozostały w postaci migawek z meczu oraz wywiadu z trenerem BKS Bogucin, Mieczysławem Piszem.

Poniżej tabela rundy wiosennej i tabela końcowa sezonu 1996/97.