Najpierw poczuł zapach….

Stoi sobie przycupnięta pośród gabarytowo sobie równych. Wzrok przyciąga kolorowy lecz nie krzykliwie barwny grzbiet okładki. Czeka na swoją kolejkę. Nie linową, nie wąskotorową czy gondolową.


Czekanie na szelest
Kolejkę, która zbliża ją do chwili, by pod czyimiś palcami zaszeleściły liście kartek, by czyjeś zaciekawione oczy powędrowały stopniami liter i schodami wyrazów po zapisanych stronicach. By ta wędrówka pozostawiła gdzieś w głębi fotografie dobrych chwil, myśli, wrażeń, wzruszeń i obrazy ludzi, których chciałoby się spotkać na swojej drodze. Czeka już kilkadziesiąt słonecznych wschodów i zachodów zwieńczonych, mniej lub bardziej malowniczymi, zmierzchami. I być może – w otulony jeszcze snem poranek, w leniwą ciepłą niedzielę; w noc, która swym letnim czarem pozbawia snu – ktoś po nią sięgnie.
Ciekawość to pierwszy krok ku – nie tylko piekielnym bramom. Zatem, niech porwie ona, tych, którzy chcieliby, po przeczytaniu kilku pierwszych taktów utworu Moniki A. Oleksa pt. „Tylko morze zapamięta”, poznać jej dalsze brzmienie. A może, zanim sięgną po nuty kolejnych rozdziałów, spróbują napisać własną historię zaczynającą się od słów: „ Najpierw poczuł zapach. Ostry, charakterystyczny, zapomniany”? To nie musi być literatura przez duże „L”. Nie o to tutaj chodzi, lecz o to, żeby pobudzić wyobraźnię, wrócić pamięcią na podwórko z dziecięcych lat lub zwyczajnie – zrobić coś niezwyczajnego. A nóż odkryjemy (w sobie) pokłady nieodkrytych złóż talentu lub chociażby przyjemności z samego aktu tworzenia? A jeśli nie – czytajmy! Czytając odkrywany dalekie lądy (nie tylko geograficzne); uczymy się ludzi i świata; dostajemy wskazówki jak poruszać się w labiryncie uczuć, przeżyć, zachowań, wydarzeń; nasza wyobraźnia prowadzi nas tam, gdzie w krótkim czasie nie zdołamy dotrzeć żadnym ze środków transportu.

Amatorskie próbki literackie
A wracając do cytowanych słów. O taki własny ciąg dalszy (pisany naprędce) pokusiło się kilkoro uczestników warsztatów pisarskich zorganizowanych w bogucińskiej Izbie Tradycji a prowadzonych przez inną autorkę powieści Joannę M. Chmielewską. Udało mi się „przechwycić” dwa mini opowiadania. Obydwa zapachniały dzieciństwem… .
Monika:

Najpierw poczuł zapach. Ostry, charakterystyczny, zapomniany. I powróciły wspomnienia. Piękny ogródek, urocza chata, cudna zieleń trawy, rozłożysta lipa na podwórzu i niezapomniany zapach suszonego chmielu, który unosił się w odległe okolice. Nigdy nie zapomnę zabaw w kopie liści: budowaliśmy schrony, domki, labirynty. Każdego dnia łęty tj. pręty z chmielu były wywożone na pole a my na nich jeździliśmy. Tam wysychały a gdy płonęły mieliśmy gigantyczne ognisko, w którym nie mogło zabraknąć pieczonych ziemniaków. Nie można było się (przy chmielowej pracy) obijać bezczynnie, dlatego przebieranie liści z taśmy i mnóstwo skaczących koników polnych, równie mocno zaszyło się w mojej pamięci.
Dużymi koszami chmiel był wynoszony do suszarni gdzie mogłam przebywać godzinami. (…)
Pamiętam też wspólne kolacje pod lipą. Tak pysznej kiełbasy, pomidorów ze śmietaną i mięsa w smalcu nigdy więcej nie jadłam. I mimo, że byłam dzieckiem i mogłam zjeść wcześniej, czekałam aż wszyscy razem usiądziemy po całym dniu pracy.
Gdy przyszedł rok szkolny, nie mogłam się doczekać, aż wrócę do domu i pobiegnę do suszarni czy do stodoły i zanurzę się w górę z chmielowych liści.

Beata:

Najpierw poczuł zapach. Ostry, charakterystyczny, zapomniany. Co to jest? Gonitwa myśli, skojarzeń. I wtedy, nagle… . Tak! To na pewno to! To chrzan! Tak pachniało w domu, dawno temu, kiedy mama robiła ćwikłę. Ta jej przepyszna ćwikła! Soczysta i pachnąca chrzanem świeżo startym. Aż ślinka cieknie. Tak, z szyneczką, też świeżo pieczoną… ale bym zjadła. Zaczął pociągać nosem i zastanawiać się, kto z sąsiadów, tu w bloku, może mieć takie delicje? Do kogo zapukać? Może poczęstuje… .