BKS – historia piłką pisana cz.3
Prace budowlane rozpoczęliśmy w sobotę 23 października 1993 r. od kopania fundamentów pod przyszły obiekt. Tydzień później przystąpiono do murowania ścian. Wcześniej musieliśmy zorganizować pokaźną ekipę murarzy i pomocników, jako że łączna powierzchnia budynku wynosiła powyżej 100 metrów kwadratowych, czyli więcej niż przeciętnej wielkości parterowy budynek mieszkalny. Zdawaliśmy sobie doskonale sprawę z tego, że przy użyciu jedynie sił członków Bogucińskiego Klubu Sportowego na pewnych odcinkach budowy nie podołamy zadaniu. A przypomnijmy, że zaplanowano wybudowanie dwóch szatni szkolnych, tyle samo ubikacji oraz dwóch sporych sal (jedna dla szkoły, druga dla klubu sportowego). Pomimo pewnych ustnych deklaracji, ochotników do pracy wciąż było za mało. Jeszcze mniej było czasu, aby zdążyć przed zapowiadanymi przymrozkami. W tej sytuacji postanowiliśmy z sołtysem Janem Chabrosem wyruszyć w tym dniu w podróż przez wieś. W wyniku przeprowadzonej „łapanki” przywieźliśmy na budowę znaczną grupę robotników. Niektórych z nich, jak np. Bronisława Gąsika, zabieraliśmy z budynków gospodarczych wprost od obrządku. Pomimo pełnej spontaniczności udało się w pełni zapanować nad harmonogramem prac, wskutek czego uniknęliśmy zbędnych przestojów. Panowie Andrzej Łuczywek i Jerzy Szlachetka udostępnili nam własne betoniarki, które stały na placu budowy do czasu jej ukończenia, a panie z Komitetu Rodzicielskiego zadbały o to, aby w porę uzupełniać spalane kalorie, serwując wszystkim, przygotowane przez siebie smaczne i gorące posiłki. Tempo prac budowlanych przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania. Trzeba było, więc systematycznie dostarczać brakujące elementy – ościeżnice, zawiasy, futryny okienne itp. Około południa sołtys wsi przywiózł swym autokarem na budowę członków odbywającego się w tym dniu Zarządu Gminy (to taka dawna „mini’ Rada Gminy), aby pochwalić się dotychczasowymi efektami prac. Mina gminnych rajców mówiła sama za siebie. Na odjezdne otrzymaliśmy od wójta Zdzisława Niedbały zapewnienie pomocy ze strony gminy. Kiedy do ekipy murarzy (Bronisław Gąsik, Stanisław Gnieciak, Marian Kozieł, Kazimierz Pietrak, Marian Serewa, Jan Stachyra i Józef Woliński) dołączyli bracia Roman i Henryk Markiewiczowie ściany poczęły rosnąć niczym ciasto na drożdżach. Naprędce przygotowaliśmy prowizoryczne oświetlenie, ponieważ szybko zapadał zmierzch, a wszyscy „budowlańcy” przejawiali wielką ochotę do dalszej pracy. Ktoś zaczął nieśmiało przewidywać, że ze wszystkim zdążymy jeszcze przed północą. Jeszcze inny odparł, cytując klasyka (Darka Szpakowskiego), że „szanse są, ale tylko matematyczne”. W rzeczywistości, nim zegar wybił godzinę 21-szą, nad budynkiem zawisła „wiecha”, oznajmiająca zakończenie, jakże ważnego etapu budowy. To, co jeszcze rano wydawało się zupełną abstrakcją teraz stało się faktem – okazały budynek powstał w zaledwie jeden dzień! Jeśli kiedykolwiek wcześniej odnotowano w polskiej rzeczywistości takie zaangażowanie robotników, to chyba tylko przy odbudowie stolicy. W takim przekonaniu zasiedliśmy do wspólnej, zasłużonej kolacji, ciesząc się z tego, co zrobiliśmy dziś, snując jednocześnie plany na najbliższą przyszłość.
Kilka dni później zostały położone przy użyciu dźwigu płyty stropowe. Pomiędzy nimi i po ich obrysie wylano tzw. „wieniec” z betonu. W następnej kolejności trzeba było przygotować stolarkę na pokrycie dachu. Jako budulec postanowiliśmy wykorzystać okazałe topole, rosnące na zachodniej granicy działki szkolnej oraz te, które oddzielały boisko od działek nauczycieli. Do wycinki przystąpiliśmy w sobotnie popołudnie 6 listopada, w dzień świętego Leonarda. Do dyspozycji mieliśmy zaledwie jedną piłę spalinowa, która co chwilę gasła i trzeba ją było rozbierać na części pierwsze. A do ścięcia było ok. dziesięciu drzew. Nie dość, że prace szły opornie, to jeszcze wraz z nastającym zmrokiem zaczęła załamywać się pogoda. Początkowe podmuchy wiatru przerodziły się w wichurę. Jakby tego było mało, zaczął padać deszcz. Prawdziwa dramaturgia nastała wtedy, gdy przy blasku latarek przystąpiliśmy do wycinki ostatniego i najpotężniejszego z drzew, rosnącego w pobliżu stodoły państwa Wójcików. Aby zapobiec obaleniu się potężnej topoli na ten budynek Sławomir Wójcik wspiął się wysoko na drzewo, przywiązał do gałęzi grubą, długą linę i zrzucił w dół. Do drugiego końca podczepiło się kilkunastu chłopaków. Kiedy została przecięta ponad połowa średnicy pnia piła spalinowa całkowicie odmówiła posłuszeństwa. Ktoś z miejsca ruszył na poszukiwanie kolejnej, choć znalezienie tego typu sprzętu w owych czasach graniczyło z cudem. Próba dokończenia cięcia piłą ręczną – popularnie zwaną „twoja-moja” – w tych okolicznościach nie wchodziła w rachubę. To ryzyko graniczyłoby z głupotą. Tak, więc grupa osiłków szamotana porywistymi podmuchami i zlana deszczem przez ponad godzinę zmagała się w zupełnych ciemnościach z ogromnym naporem rozdygotanej topoli. Niektórzy dopatrywali się w tym wszystkim kary boskiej za pracę w dzień odpustu parafialnego. Pomimo przeciwności losu wszystkie zaplanowane do ścięcia drzewa zostały powalone i już w najbliższy poniedziałek, załadowane na trzy ciągniki (Stanisław Chabros, Tomasz Kowalczyk i Jerzy Szlachetka) trafiły do tartaku. Trzy dni później, w dzień 11 listopada przygotowywano z nich krokwie dachowe. Tego dnia panował siarczysty mróz. Temperatura spadła do minus 15 stopni. Z tego powodu drewniane bale trzeba było wyrabiać na holu w budynku szkoły. W tym czasie część piłkarzy udała się na mszę świętą oraz do obsługi uroczystości niepodległościowych. Później dołączyli do reszty pracujących i na wieczór krokwie były gotowe do montażu. Dwa dni później zostały one zainstalowane na dachu budynku. Tego samego dnia wykonano również pokrycie blachą trapezową. Pomimo niskich temperatur prace trwały nieprzerwanie do północy. Nikt nie skarżył się na przenikliwe zimno, trzeba było jedynie uważać, aby palce nie przymarzły do stalowych blach. O poranku, nowy dach przykryła kilkucentymetrowa warstwa śniegu. Głównym wykonawcą i koordynatorem robót dekarskich był Jerzy Strąk.
Ze względu na panujący mróz zaszła konieczność ogrzewania wybudowanych pomieszczeń przy użyciu koksowników, czyli metalowych koszy wypełnionych rozżarzonym węglem. Trzeba było przez parę dni nieustannie czuwać, aby one nie wygasły. Zapobiegało to degradacji betonu wypełniającego szczeliny pomiędzy ułożonymi przed tygodniem płytami stropowymi. Grzanie zabezpieczało również betonowy „wieniec”. Ubocznym skutkiem tej operacji było zasmolenie stropu, co zemściło się kilkanaście dni później podczas tynkowania pomieszczeń. A było to tak: podczas przerwy na posiłek dobiegł nas dziwny huk. Kiedy pobiegliśmy do jednej z sal okazało się, że cała, dopiero co położona i dotarta cementowo-wapienna warstwa tynku opadła z sufitu na posadzkę. Wszystko trzeba było zaczynać od początku.
Pozostałe roboty trwały nieustannie. Spotykaliśmy się codziennie, zwykle po pracy, aby całymi popołudniami, wieczorami i nierzadko nocami wykonywać przeróżne czynności budowlane. I tak upływały kolejne dni, tygodnie, miesiące… W tym miejscu warto wyraźnie podkreślić, że wszystkie prace budowlane, oprócz instalacji centralnego ogrzewania (te wykonała ekipa z gminnej grupy remontowej) zostały wykonane w czynie społecznym! Nie wydaliśmy „złamanego grosza” na jakiegokolwiek fachowca. Byliśmy więc projektantami, murarzami, tynkarzami, stolarzami, dekarzami, elektrykami, hydraulikami, ślusarzami, spawaczami, malarzami i dekoratorami wnętrz. Tym większa zapanowała w nas radość, kiedy w Noc Sylwestrową, roku pańskiego 1993, mogliśmy spotkać się na wspólnym balu w jednej z nowowybudowanych sal. Jedynym mankamentem był unoszący się spod nóg tancerzy siwy kurz z surowych posadzek. Co chwila trzeba było polewać wodą z wiader świeży betonowy „parkiet”. Nie zepsuło to jednak szampańskich nastrojów licznych uczestników tamtej zabawy.
Nasze upragnione pomieszczenie dla klubu musiało jeszcze trochę poczekać. Tak samo, jak szkolne sanitariaty i szatnie. Roboty wykończeniowe i kosmetyczne pochłaniały dużo czasu. W sali przeznaczonej dla klubu wkomponowano w lastrykową podłogę herb BKS, aby po wszeczasy przypominał on głównych budowniczych tego obiektu. Oficjalne, uroczyste otwarcie budynku nastąpiło 23 lutego – równo w cztery miesiące od rozpoczęcia budowy.
Na koniec trzeba pochylić się wszystkim, którzy mieli udział we wspólnym dziele. Przez ten czas przewinęło się wielu sportowców i mieszkańców Bogucina. Nie sposób wyliczyć tu każdego z nich, ale oprócz tych już wcześniej wymienionych warto wspomnieć również o Janie Firleju, Sławomirze Reszce, Wiesławie Smolaku, Zbigniewie Rozwadowskim, Józefie Winiarczyku i Sławomirze Włodowskim. Natomiast ekipę, która przez cały czas dźwigała na własnych ramionach ciężar budowy tworzyli ludzie bezpośrednio związani z klubem BKS. Byli to: Mieczysław Abramek, Krzysztof Flisiak, Sławomir Gnieciak, Stanisław Gnieciak, Piotr Kowalczyk oraz bracia Andrzej, Dariusz i Sławomir Wójcikowie. Nieustannie wspomagali ich: sołtys wsi Jan Chabros i radny Jerzy Szlachetka. Utworzony w tym składzie zespół ludzi nadawał tempo rozwoju klubu jeszcze przez szereg długich lat. Później dołączyli inni.
cdn.
Otwarcie obiektu:









W dzisiejszych czasach, po 20 latach zmian, taka inwestycja przy wsparciu urzędowych „fachowców” pewnie miesiącami tkwiła by w kolejkach na różne pozwolenia, projekty i finansowania… Szacunek dla budowniczych za to, co zrobili własnymi siłami w myśl amerykańskiego hasła, które przekuwając na polskie warunki brzmiało by „Nie pytaj, co Polska może zrobić dla Ciebie, ale co Ty możesz zrobić dla Polski”.
Trzeba przyznać, ze niekiedy, niektórzy spędzali w tym miejscu więcej czasu niż we własnych domach 🙂 Szkoda, że teraz nie służy ono w większym zakresie dla szerszego grona ludzi, skupiając jak dawniej różne pokolenia naszej społeczności.
To bezcenna historia. Szacunek. Wielki szacunek dla budowniczych oraz tych, którzy ich rozumieli i wspierali.
Kochani co można powiedzieć WIELKI WIELKI SZACUNEK !!!!!!!!!!!!!!!
Pozdrawiam Marek Dec
Krzysztof!To co zrobiliście jako budowniczowie, menadżerowie, projektanci czy zaopatrzeniowcy i to,jak to opisujesz – to mistrzostwo świata!Olimpiada się „nie umywa”!
Myślę,że takich „wariatów”-w pozytywnym znaczeniu tego słowa-znalazłbyś i teraz w Bogucinie.
Może pokusisz się o publikację książkową ?
Agnieszko, takich „wariatów” w Bogucinie nie brakuje również i dziś. Przecież charakter danej społeczności nie zmienia się ot tak sobie – z roku na rok. To, co zostało już zasiane będzie jeszcze długo owocować. Jest we wsi KGW, BKS, Stowarzyszenie „Mój Bogucin”. Jest też pokaźna grupa zorganizowanej i pozytywnie nakręconej młodzieży. To są ludzie zdolni do naprawdę wielkich rzeczy. Trzeba im tylko umożliwić działanie.
Natomiast o książce możemy zacząć myśleć dopiero bliżej końca dokumentowania 20-lecia klubu, ale do tego jeszcze daleka droga. W tej chwili wychodzimy zaledwie z bloków startowych.
To co teraz będziemy budować oprócz cyberprzestrzeni?
Dlaczego z budynku którego głównym budowniczym był BKS nie mogą teraz korzystać sportowcy ani inne organizacje społeczne? Czy nie wzrusza was widok młodych piłkarzy którzy po treningach w zimowej porze muszą przebierać się w zimnym jak loch klubowym kontenerze?
Zgodnie z umową, pomieszczenie BKS po okresowym wypożyczeniu szkole powinno już powrócić do klubu. Niestety, jedna ze stron nie dotrzymała warunków umowy. Miejmy jednak nadzieję, że wkrótce to się zmieni i obiekt, który kiedyś tak bardzo integrował tutejszą ludność nie stanie się teraz źródłem ostrego konfliktu.
Trzeba więc umowę wyegzekwować. Pacta sunt servanta.
Zwykła ludzka uczciwość i przyzwoitość nakazują oddać to, co się pożyczyło. Powinny mieć tego świadomość w szczególności osoby, które nie tylko uczą, ale też powinny przekazywać pewne wzorce zachowań uczniom…
Nie można też zapominać, że po reformie szkolnictwa w szkole podstawowej zmniejszyła się liczba klas z 8 na 6, więc skoro kiedyś wszystkie roczniki miały swoje sale lekcyjne i to zanim zostały dobudowane dodatkowe pomieszczenia, to chyba tym bardziej teraz nie powinno być problemu, jeśli chodzi o ilość sal…
„zwykła uczciwość” w pewnych kręgach jest czymś „niezwykłym”
Wydaje się, że w tej sprawie nastąpił wreszcie oczekiwany przełom i w niedługim czasie lokal powróci do pierwotnych właścicieli – tak przynajmniej wynika z mojej ostatniej rozmowy z Panią Dyrektor Szkoły Podstawowej w Bogucinie.Teraz trzeba tylko trzymać kciuki, aby tak się rzeczywiście stało.
W niedługim czasie to znaczy kiedy ?
Mówiąc w dużym uproszczeniu, stanie się to możliwe po zakończeniu obecnego roku szkolnego.