Zawiało, zasypało… a my znów w kropce

Cytując klasyka: „Jak jest zima, to musi być zimno”. A że czasem sypnie śniegiem po pas – cóż, takie już odwieczne prawo natury. Niby wszyscy wiemy, czego się o tej porze roku spodziewać, a jednak co sezon dajemy się zaskoczyć jak uczeń przy tablicy. Jakby poprzednie zimy niczego nas nie nauczyły.

Zamiast ubywać pogodowych zmartwień, te tylko rosną jak zaspy przy drodze. Do tego dochodzi rozwijająca się infrastruktura – choćby utwardzone wiejskie chodniki, które miały być błogosławieństwem, a czasem okazują się kłopotliwym prezentem. Gdy przykryje je biały puch, nagle zmieniają się w ziemię niczyją. I wtedy pojawia się odwieczne pytanie: kto właściwie ma to odśnieżać? Odpowiedź, niestety, nie jest tak prosta. Jeśli chodnik przylega do prywatnej posesji – obowiązek spada na właściciela. Jeśli oddziela go pas publicznej zieleni – pałeczkę przejmuje gmina.

Prawo nie przewiduje taryfy ulgowej. Nie ma znaczenia, czy właścicielem posesji jest dziewięćdziesięciolatek, osoba z niepełnosprawnością czy kobieta w ciąży. Jeśli nie mogą odśnieżyć sami, powinni znaleźć kogoś, kto zrobi to za nich, choćby gminę, oczywiście za stosowną opłatą.

Paradoks chodnika polega na tym, że zimą jest „mój” i muszę o niego dbać, bo inaczej grozi kara, a latem staje się przestrzenią publiczną, do której nie mogę nawet wbić łopaty bez stosownej zgody na zajęcie pasa drogowego. Czy podczas odśnieżania obowiązują te same procedury? To już pytanie z gatunku tych, które lubią pozostać bez odpowiedzi.

A wątpliwości jest więcej. Wyobraźmy sobie choćby 100-metrowy odcinek chodnika biegnący przy posesji starszej, samotnej osoby, podczas gdy po drugiej stronie drogi mieszkają ludzie, którzy z tego chodnika korzystają codziennie. Prawo milczy, a ludzka solidarność… cóż, bywa kapryśna jak zimowa aura.

Nie pomaga też fakt, że czasem odśnieżanie przypomina walkę z wiatrakami – albo raczej z pługiem drogowym, który potrafi zasypać świeżo oczyszczony chodnik w mgnieniu oka. Syzyf by się uśmiał. Gmina na razie nie kwapi się do działania, ale w Bogucinie sprawy w swoje ręce wziął radny Gminy Garbów, Jacek Włodowski. Uzbrojony w prywatnego quada z pługiem, wielokrotnie udrażniał chodniki w centrum wsi. Gest godny pochwały, choć doraźny – oparty na dobrej woli, nie na systemowym rozwiązaniu.

A nam wszystkim przydałoby się właśnie to: rozwiązanie kompleksowe. Bo chyba zbyt łatwo uwierzyliśmy, że globalne ocieplenie załatwi za nas sprawę zim. I że taka zima, jak ta z przełomu 1978/1979 roku, to już tylko wspomnienie z kronik, a nie realny scenariusz.