Zanim zapiał kur. Bogucin 1944

Poranek 9 lipca 1944 roku. Pola, ciężkie od dojrzewających kłosów, kołyszą się leniwie w blasku wschodzącego słońca — jakby zwiastując chleb, którego nie wszystkim będzie dane skosztować. Wieś pogrążona jeszcze we śnie. Tylko szczekanie psów, niespokojnych, jakby przeczuwających nadciągający kataklizm, przerywa ciszę.

Zanim zapieje pierwszy kur, padną strzały z karabinów. Strzechy domów zajmą się ogniem, a przestrzeń wypełni rozpaczliwy krzyk przerażonych dzieci. A potem… potem okupant dopisze resztę scenariusza — rozpoczętego dwa dni wcześniej przez ponad stuosobową grupę przybyłą w okolice Bogucina.

Od tamtej tragedii, od pacyfikacji bogucińskiej kolonii, minęło 81 lat. Przez ten czas nie padło ani jedno słowo wyjaśnienia. Ani razu nie wypowiedziano „Przepraszam” — słowa, na które czekali zwłaszcza ci, którym udało się uciec z miejsca kaźni. Dziś pozostał już tylko jeden z nich.

Rozpoczęta przed laty przez miejscową młodzież i Stowarzyszenie „Mój Bogucin” inicjatywa budowania mostu między tymi, którzy byli, a tymi, którzy są — trwa nadal. Dołączyły do niej rodziny pomordowanych, władze gminy oraz mieszkańcy Bogucina i okolic. Co roku, w pierwszą lub drugą niedzielę lipca, w garbowskiej świątyni odprawiana jest msza święta w intencji ofiar. Następnie składane są wieńce i zapalane znicze przy obu miejscach pamięci.

Troską osób dbających o coroczne obchody jest przypominanie trudnej prawdy i dbanie o to, by echo cierpienia niewinnych nigdy nie ucichło. Tak długo, jak w lipcowy dzień zapłonie choć jedna świeca pamięci, Bogucin będzie przypominał światu: „Byliśmy. Zginęliśmy. Ale nie zapomniano o nas.”