Pyszności na stół świąteczny i nie tylko – Opium w rosole

Inaugurację „Pyszności na stół świąteczny i nie tylko” powinnam rozpocząć od fragmentu z nieśmiertelnego i… „przedniego” literacko cyklu M.Musierowicz zwanego „Jeżycjadą”:
„– Aurelia nie cierpi rosołu! Nienawidzi! Trzeba ją zmuszać, żeby przełknęła choć łyżkę! Czy może to był jakiś specjalny rosół?…
– Zwykły chudy rosołek.
– Może… jakaś specjalna przyprawa?…
Pani Borejko roześmiała się.
– Może. Przyprawa pana Ogorzałki. Zresztą potem i Gabrysia, moja córka, przyprawiała, i ja. To niezawodna przyprawa. Wszystko z nią smakuje, nawet suche ziemniaki.
– Maggi? – dopytywała się Ewa całkiem już natarczywie, po czym zreflektowała się i pokryła zmieszanie suchym śmieszkiem. – Albo może jakiś narkotyk?
– Może to i narkotyk: trochę serca – śmiała się pani Borejko.”
Taka niewyszukana rozmowa, a zatrzymujemy się zaskoczeni przy ostatnim akapicie.
Taka prosta. Prosta jak… gotowanie rosołu. Nic skomplikowanego, trzeba tylko zachować, jak w matematyce – kolejność wykonywania działań. Najpierw sztuka mięsa, później paleta warzywa, a na koniec bukiet przypraw. Tych najzwyklejszych: sól, pieprz, odrobina lubczyku, opieczone krążki cebuli i tych specjalnych: magia gościnności, serdeczność rozmowy a do tego wielka chochla poczucia humoru.

Przy takim zestawie na drugie danie mogą być „nawet suche ziemniaki”. Będą smakować jak „przepiórki w płatkach róży”. Czysta poezja w nazwie. I „to nic, to nic, to nic”, że (wielce prawdopodobne) nigdy nie poznamy ani ich smaku, ani aromatu. Ale dane nam będzie skosztować delicji z prastarej kuchni, bo przepis na wyśmienity rosół zaczerpnęłam właśnie stamtąd.

ROSÓŁ

Mięso zamiennie albo wszystkiego po trochu: kura „grzebiucha” z tłuszczykiem, wołowina tzw.”oczko” albo inna, cielęcina, kawałek udźca z indyka – to wszystko koniecznie z kostką.
Mięso porcjujemy i po opłukaniu wkładamy do wrzątku. Po zagotowaniu zdejmujemy szumowiny.
Rosół lubi czas, dlatego niech bardzo, bardzo powolutku się gotuje, niech jego powierzchnia tylko mruga do nas „oczkiem”. Po godzinie dodajemy włoszczyznę, która powinna stanowić 1/4 objętości mięsa. Więcej marchewki, sprawi, że rosół będzie „słodszy”, przewaga białych warzyw – pietruszki i selera – bardziej „wytrawny”. Po warzywach czas na przyprawy. Przypalona na czarno na prawdziwym ogniu cebula (można na suchej patelni) czyni cuda, tak jak gałązka lubczyku (maggi) czy zielony liść selera. Można urozmaicić smak zielem angielskim, listkiem laurowym, pieprzem w ziarenkach, ale niekoniecznie. Solimy na samym końcu. I… nie jeszcze nie zajadamy. Rosół lubi odpocząć, choćby godzinę. W tym czasie produkujemy prawdziwy swojski makaron. Podajemy z posiekaną natką pietruszki.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *