Bogutki w Kazimierzu Dolnym

Koniec roku szkolnego oprócz wytchnienia od nauki przynosi ze sobą także obietnicę wypoczynku. Bogutki w tym roku wyjechały na trzy dni do Kazimierza Dolnego.

I nastał dzień pierwszy…

Tym razem transportem własnym, z uwagi na niewielką odległość, dostaliśmy się na miejsce. Bazę noclegową nasza był przyszkolny internat. Mieliśmy tam do dyspozycji wygodne pokoje oraz salę do ćwiczeń tanecznych. Posiłki jedliśmy w barze odległym o kilkuminutowy spacer po uroczych uliczkach. Każdy dzień mieliśmy starannie zaplanowany, pełen atrakcji, bez przestojów.

Pierwszego dnia warsztaty taneczne przypomniały Bogutkom o tym, że na sukcesy trzeba zapracować. Im więcej ćwiczeń, tym ładniej wychodzi na scenie, a im ładniej wygląda występ tym bardziej nagrodzony zostaje.

Po obiedzie dzieci sprawdzały swoje możliwości na trasach parku linowego. Trzy stopnie trudności pozwalały na dopasowanie wzrostem i siłą. Czasem jednak chęci wyprzedzały możliwości i potrzebna była pomoc. Niemniej jednak wszyscy bawili się znakomicie, zarówno alpiniści jak i obserwatorzy.

Na wieczór zaplanowane było ognisko. By się dostać na miejsce przeszliśmy się spacerkiem po wałach nadwiślańskich, a potem przez las i wąwóz. I prawie cały czas pod górkę! Dobrze zaopatrzeni w picie dzielili się z tymi mniej przewidującymi. Zmęczeni dotarliśmy w końcu na miejsce, gdzie po krótkim odpoczynku wróciły chęci do zabawy! Pyszna, pieczona na ognisku kiełbaska, zagryzana chlebem i ogórkiem kiszonym przywróciła nadwątlone siły! Po tych harcach trzeba było jednak towarzystwo zawieźć do internatu bo nogi już nosić nie chciały. Powróciliśmy więc do miejsca zakwaterowania w bardzo wygodnych autobusach elektrycznych. Ci najsilniejsi pobiegli jeszcze na boisko by sprawdzić się w piłce nożnej. Później już zaczęło się przygotowanie do snu, co niektórym zajęło sporo czasu.

Dzień drugi, gdzie atrakcja – atrakcję goni

Następnego dnia, po śniadaniu, poszliśmy na mszę do pobliskiego kościoła. Potem znowu zajęcia taneczne, tym razem już krótsze, bo czekały następne atrakcje. Po obiedzie, ubrani w bogutkowe koszulki wybraliśmy się na rejs statkiem po Wiśle. Spokojna woda, szum silników i piękne widoki na obu brzegach rzeki. Nawet przeprawę promową samochodów udało się nam zobaczyć. Aż szkoda było wysiadać po przybiciu do portu. Poszliśmy na rynek i dalej uliczkami aż do placu zabaw, który zaprosił do siebie wesołymi okrzykami dzieci. Boguciątka kręciły się na karuzeli, zjeżdżały na zjeżdżalni, wspinały po drabinkach. I śpiewały przy tym. Zwróciło to uwagę pewnej starszej pani. Obdarowała ona nasze dzieci całym pudełkiem pysznych czereśni, wzbudzając tym ich oczywisty zachwyt.

Dzień trzeci – po brzegi pełen wrażeń

Trzeci, ostatni już dzień wypoczynku, również pełen był wrażeń. Po śniadaniu warsztaty taneczne przerodziły się w podsumowanie całego roku pracy dzieci. Każde dostało dyplom z tej okazji, a kilkoro najwytrwalszych za obecność na zajęciach również nagrodzonych zostało. Uhonorowano także dorosłych: pana Grzegorza, panią Monikę, panią Jadzię i mnie. Było bardzo miło.

Przed obiadem jeszcze szybkie pakowanie i sprzątanie pokoi. Wracając z obiadu spotkaliśmy już pierwszych rodziców przybyłych by wziąć udział w ostatniej już atrakcji kazimierskiego wyjazdu: wycieczki po Kazimierzu autobusami elektrycznymi. Z przewodnikiem, opowieściami, baśniami i wspaniałymi widokami. Zabytkowe budowle, historycznie ważne miejsca i w końcu urokliwy wąwóz, gdzie drzewa rosły w zboczach, z odkrytymi korzeniami, pod które można się było schować. Co też wielu uczyniło! Wspinaczki i biegi nie zmęczyły wcale dzieci. Wracając więc zahaczyliśmy jeszcze o sanktuarium maryjne na wzgórzu, skąd widok był po prostu porywający. Powrót pod internat zakończył nasze przygody. Dzieci podzielono na samochody, bagaże przeładowano i powróciliśmy do Bogucina. Pod szkołą czekała już reszta rodziców.

Wszyscy wrócili szczęśliwi, trochę zmęczeni, trochę (a niektórzy nawet więcej niż trochę) pogryzieni przez komary. Całe stada na nas czyhały! I żaden środek nie pomagał. A wypróbowaliśmy wszystkie! Tylko aloes łagodził nieco świąd ugryzień. Mimo to wyjazd był niezapomnianą przygodą dla wszystkich. Niektórzy po raz pierwszy wyjechali gdzieś bez rodziców, niektórzy spali poza domem pierwszy raz. Obyło się bez większych problemów. Daliśmy radę! I dorośli i dzieci. Teraz czekać będziemy rok na powtórkę. Te wyjazdy weekendowo-wakacyjne powoli stają się tradycją bogutkową…