Pielgrzymkowe refleksje

Nie wiem, czy pierwszy krok najtrudniejszy, czy ostatni. Pierwszy tchnie entuzjazmem. Nogi same niosą ku kolejnym. Stopy nie rejestrują jeszcze opuchlizny, otarcia, odgniotków i zmęczenia. Pierwszy jest decyzją. Wyruszamy w drogę. Ku Jasnej Górze, do Maryi. Jeszcze nie boso, ale by w skrytości ducha przybliżyć się do miejsca, gdzie kiedyś „zawoła nas Bóg”, i by złożyć u stóp Częstochowskiej Pani swe prośby, podziękowania i intencje. Najróżniejsze. „Wędrówką jedną życie jest człowieka” – mówi poeta. Wędrujemy więc co dnia, otwierając dzień wschodem a zamykając zachodem słońca. Na pielgrzymce owe wschody i zachody są bardziej „namacalne”, bo oglądamy je bezpośrednio (a nie przez szyby w domu czy samochodzie) rozpoczynając kolejny etap na pielgrzymiej trasie. Idziemy, i choćbyśmy nie chcieli, słońce ramię w ramię, podąża wraz z nami. A w tym roku wędrowało niemal bez ustanku i bez miłosierdzia oblewało tropikalnym żarem. Bardzo ciężko pokonuje się szlak w takich warunkach. Człowiek jest tylko człowiekiem. Pielgrzymka nie uczyni go świętym. Kiedy od potu lepi się ubranie; kiedy napuchnięte nogi żebrzą, by uwolnić je z butów; kiedy asfalt parzy w stopy niczym rozżarzony węgiel; kiedy zmęczenie zobojętnia na to co się wokół dzieje, przychodzą chwile zwątpienia a wraz z nimi cisną się pytania: po co mi to było, co ja tutaj robię? Nikt tych pytajników głośno nie wypowiada. Ma je w głowie. Na szczęście na krótko, bo o poranku dnia następnego, dziarsko rusza się w drogę. I od nowa wiadomo, po co to wszystko.

Będąc pośród pielgrzymów, doświadczyłam tych stanów. Obserwowałam ludzi. Każdy z osobna ma swój świat. Z kłębowiskiem rozterek i dylematów; piramidą zalet i słabości. Trzeba być tam z nimi, w tej „spiekocie dnia i szarym pyle dróg” albo maszerować w strugach deszczu i przemoczonych butach, żeby móc ocenić, ale nie osądzić; widzieć a nie tylko zobaczyć; usłyszeć a nie jedynie posłuchać. A idąc kilkanaście dni obok (to obok – z każdym kolejnym krokiem staje się – razem) z grupą tych samych osób można niektórych odrobinę poznać. Gdyby sportretować słowami, powstałoby kilkadziesiąt obrazów i tyle samo historii. Jedni mają serce na dłoni, a do innych, jak to mówią, bez kija nie podchodź. A jeszcze inni, myślą tylko o sobie i swojej wygodzie. Są też tacy, dla których pielgrzymka jest ucieczką. Najczęściej od domowego piekła. Piekła nieporozumień, przemocy, nałogów. Ale jedno jest pewne: nikt nie idzie na Jasną Górę, ot „tak sobie”, dla rozrywki, zabicia czasu czy ze zwykłej ciekawości. Zbyt dużo w tej wędrówce poświęcenia, trudu i niewygód, by można było tak właśnie pomyśleć.

Portret pierwszy.

Drugiego dnia mojego pielgrzymowania (po kilkudniowej przerwie) zauważyłam chłopca, nastolatka, w wieku mojego dziecka. Skromnie ubrany. Szedł samotnie. Minę miał ponurą, głowę spuszczoną. Nie zagadywał do nikogo, nie śpiewał, nie modlił się ze wszystkimi. Był, ale jakby go nie było. Żal patrzeć. Kolejnego dnia – zachowywał się podobnie. Ale już następnego, Przemek, bo takim imieniem na niego wołano, został zwerbowany do niesienia nagłośnienia. Kolejnego też, i już codziennie coraz więcej osób, ksiądz przewodnik, chłopcy, którzy pilnowali porządku i bezpieczeństwa na drodze, zagadywali go, prosili o przysługę czy pomoc. Stał się mały cud. Przemek zaczął się uśmiechać. Byliśmy niewielką grupą, raptem pięćdziesiąt kilka osób, nie dało się nie zauważyć, że coś się w nim zmieniło. Szedł bardziej wyprostowany a z twarzy znikł cień, dopuszczając słoneczne promienie. Inny chłopak.

Portret drugi.

Samotna kobieta. Może nie tak. Może nie samotna, ale sama. Upał niesamowity a ona bez nakrycia głowy. Asfalt rozżarzony do czerwoności a ona w cienkich tenisówkach. Bez skarpet. Nogi dziwnie poranione, poobcierane powyżej kostek. Słońce przypieka a ona w kurtce z długim rękawem. Zaniedbana. Twarz kamienna, bez śladu uśmiechu czy emocji.  Ile lat może dźwigać na swych wątłych ramionach? Pięćdziesiąt? Może mniej. Może więcej. Patrząc na nią miało się nieodparte wrażeni, że życiowy krzyż, który niesie nie należy do gatunku lekkich. Mam nadzieję, że ta niełatwa droga na Jasną Górę, którą przebyła, przyniesie owoce dobra.

Portret trzeci

Nie udało mi się namówić pewnego dziewczęcia na pisemne zwierzenia z pielgrzymkowych szlaków, dlatego zdam relację, niejako z drugiej ręki, ze słów jakie zostały złożone ustnie „do protokołu”. Nastolatka. Nieodłączne okulary przeciwsłoneczne na zgrabnym nosie i czarna czapka z daszkiem. Idzie dziarsko, choć nie bardzo na początku wie, jak ma się zachować, ponieważ w drogę ku Jasnogórskiej Pani wyruszyła po raz pierwszy. Nie mniej radzi sobie. Bardziej garnie się do osób dwa razy starszych od siebie. Pomaga im nieść ( podążając na czele grupy nr 10) pielgrzymkowy emblemat, drewniany krzyż, biało – czerwoną flagę. Empatyczna i skora do pomocy. Zdziwiona faktem, że tak wiele osób chce karmić i gościć pielgrzymów. Bądź co bądź, obcych ludzi. Zbudowana troską i życzliwością wśród braci i sióstr, bo tak się na pielgrzymce mówi do siebie nawzajem; zniesmaczona narzekaniem, cwaniactwem, dbaniem tylko o swoje sprawy i  wygodę co niektórych uczestników. Ale ogólnie zadowolona, że podjęła wyzwanie i od początku do końca, przemierzyła pątniczą trasę. Nie docenia tego, bo wciąż słyszę, że to żadna sztuka i że nic nadzwyczajnego nie zrobiła. Po prostu była na pielgrzymce. Ale ja uważam inaczej. Byłam tam kilka dni z nią na trasie i jestem z niej dumna. Z jej odwagi, wytrwałości i chęci niesienia pomocy. Dała radę! I jestem święcie przekonana, że na innych, nie mniej trudnych drogach życiowych, też sobie poradzi! Moja córka!

Czy warto?

Jeśli ktoś czytając powyższe słowa dojdzie do wniosku, że wędrówka do Częstochowy, to tylko jedno wielkie umęczenie, podczas którego panuje ponura i pełna powagi atmosfera modlitwy, to niech wróci z powrotem i skręci na drogę innych wniosków. A takich, mianowicie, że pielgrzymkowa modlitwa to także, obok Godzinek, Różańca, Koronki, Konferencji, dźwięk gitary i śpiew. I to one budzą nas rano i zachęcają, by jeden krok gonił drugi. To one pomagają znosić południowy skwar. To one prowadzą nas do wieczornego odpoczynku. To okrzykami i śpiewem na ustach witamy Jasnogórską Matkę! Głośnymi, radosnymi i gromkimi! Nie inaczej!