Oddech śmierci

Kiedy gaśnie ktoś najbliższy, gaśnie cały świat.
W złoto promieni słonecznych wdziera się mrok.
W nieśmiałość wiosennej zieleni – niepokój.
W obietnicę budzącego się dnia – strach.
W nastrojowy zachód słońca – rozpacz.
Jeszcze jesteś.
Jeszcze na strunach twojego umęczonego głosu zadźwięczy kilka słów.
Jeszcze twoje oczy zamglą się iskierką uśmiechu.
Jeszcze twoje dłonie są ciepłe. Jeszcze szukają drugiej dłoni, by poczuć jej dotyk. By wiedzieć, że jest ktoś obok. Ktoś bliski. Oddany. Kochający. Ktoś, kto na przekór rzeczywistości, wierzy w cud. W cud, że będziesz. Że jeszcze zostaniesz. Że Twoje oczy, jeśli się zamkną, to tylko po to, by odnaleźć sen. Ale nie tamten – nieskończony, lecz ten – codzienny, po którym znów na mnie spojrzysz.
Nie odchodź.
Ta pustka, która po tobie zostanie… . Niczym jej nie zapełnię. Bo przecież, mamę ma się tylko jedną.
Nie odchodź.
Ta pustka, która po Tobie zostanie… . Będzie jak zasypana studnia, na dnie której wciąż sączy się woda. Niczym otwarta rana.
Wiem, że cierpisz. Widzę to. Buntuję się. Wściekam. Ale milczę i łańcuchami łez zamykam od środka drzwi mojej bezradności. A dla ciebie ubieram twarz w pogodę beztroskiego lata. Dla ciebie muszę być radosna, silna, dzielna.
Czuję, że odejdziesz. Odejdziesz o wiele za wcześnie. Wymiatam tę myśl, przepędzam z nienawiścią… ale ona powraca.
„Przeżyć jeszcze tę wiosnę… .” – wyszeptałaś dzisiaj patrząc w okno. Zadrżałam i za chwilkę poczułam, tuż przy uchu, lekki powiew. Podobny do oddechu. Czy tak oddycha śmierć?