Dla Babci i Dziadka – załącznik do życzeń

Oprócz życzeń na Dzień Babci i Dzień Dziadka zacytuję Wam dwie opowiastki – po jednej dla każdego z Was, które… tak przynajmniej mniemam, powinny Was rozbawić. Ich autor wpadł w sidła mojej ciekawości kilka lat temu, kiedy w księgarni czy też bibliotece, obok pozycji dla dorosłego czytelnika, wertowałam lektury (niekoniecznie obowiązkowe) dla dzieci. Trochę się ich nazbierało i nadal stoją na półkach – oprawione w twarde, kolorowe okładki. Jeszcze nie tak dawno dziecięce ręce sięgały, by je wyłuskać, zaszeleścić kartkami i zatonąć w barwnych opowieściach. Teraz młodzi zgłębiają inne tomy, przerzucają inne strony. Niestety, coraz częściej internetowe. „Trzeba iść z duchem czasu, mamo!” – słyszę czasami tekst na moje staromodne uwagi, że książkę muszę trzymać w dłoniach, czuć zapach farby drukarskiej, gonić wzrokiem okienka wyrazów na kartce, a nie – na ekranie komputera.
Wracając do opowiastek. Zagnieździły się one między alfą i omegą książki „Powrót Bartusia, czyli co to znaczy… po raz drugi” autorstwa Grzegorza Kasdepke. A oto one.

Pierwsza – dla Babci, o wdzięcznym tytule „Psi obowiązek”:
„Babcia Marysia otworzyła drzwi; po minie stojącego za nimi Bartusia – minie, delikatnie mówiąc, niezbyt mądrej – domyśliła się, że Bartuś ma jakieś kłopoty. I rzeczywiście.
– Oszaleli! – żali się Bartuś, popijając gorącą czekoladę. – Niedługo kupią mi smycz, każą mieszkać w budzie i może jeszcze będę musiał szczekać na złodziei!
– Zaraz, zaraz… – oszołomiona babcia otarła pot z czoła. – Musiałeś coś pokręcić…
– Nic nie pokręciłem – przerwał jej Bartuś. – Tata wyraźnie powiedział, że od dzisiaj mam takie same obowiązki jak pies!
Babcia wstała i podeszła do telefonu.
Minutę później Bartuś usłyszał jej chichot.
– Bardzo śmieszne! – powiedział urażony.
– Psi obowiązek, to po prostu obowiązek, który należy spełnić – zachichotała babcia, odkładając słuchawkę. – Bezwzględnie, czy się tego chce, czy nie chce. A twoim psim obowiązkiem jest na przykład sprzątanie w swoim pokoju. Albo nauka. Mama była dzisiaj na wywiadówce, no i… sam wiesz, prawda?
– Czyli nie będę musiał szczekać? – odetchnął z ulgą Bartuś.
– Nie – pokręciła głową babcia Marysia. – Ale pouczyć się matematyki – owszem.”

Druga – dla Dziadka, zatytułowana „Do rany przyłóż”:
„No cóż, każdemu od czasu do czasu zdarza się skaleczyć; tym razem Bartuś nie rozpaczał nawet szczególnie – za to od razu pobiegła do dziadka Henia.
– Dziadku, mogę Cię przyłożyć do kolana? – zapytał zaglądając do szklarni.
Zdumiony dziadek wychylił się zza pomidorowego krzewu.
– Słucham?
– Starłem sobie kolano – wytłumaczył Bartuś – I leci krew.
– To idź po plaster.
Bartuś popatrzył na dziadka z politowaniem.
– Po plaster to każdy głupi potrafi – odpowiedział – a ja jestem za medycyną nieko… kono… niekoco…
– Niekonwencjonalną – podpowiedział dziadek – ale nie słyszałem o tym, że do krwawego miejsca należy przykładać dziadka.
– Jak to? – zdziwił się Bartuś. – A mama mówi, że ty to jesteś do rany przyłóż.
Dziadek ryknął śmiechem tak głośno, że część pomidorów spadła z wrażenia na ziemię.
– Tak się mówi o kimś bardzo miłym – powiedział po chwili. – O kimś zgodnym, spokojnym…
– Czyli jednak muszę iść po plaster? – westchnął Bartuś.
– Obawiam się, że tak – pokiwał głową dziadek. – I nie próbuj przykładać do rany babci – to już na pewno nie pomoże!…”